8/13/2018

Przebudzenie - czyżby wreszcie mój styl?



Witajcie po długiej przerwie, która była mi potrzebna na uporządkowanie wielu spraw, również tych modowych. Pewnie ten tekst będzie długi i nudny, ale w końcu to moje miejsce w sieci, które mogę zapełniać dowolnymi bredniami własnego autorstwa, więc co mi tam. Jestem przekonana, że i tak niewiele osób czyta moje wynurzenia, więc mogę być zupełnie nudna i politycznie niepoprawna ;) Ale przechodząc już do sedna, to czy zdarza wam się kupić nową rzecz, którą jesteście początkowo zachwycone, by już przy drugim założeniu czuć lekki dreszczyk niepokoju, że to jednak nie to? Dreszczyk, który staracie się stłamsić w zarodku, a on i tak w końcu bierze nad wami górę i przy trzecim-czwartym założeniu tego pierwotnie cudnego, idealnego dla Was ciuchu stwierdzacie, że wyglądacie w tym jak ostatnia raszpla i po powrocie do domu od razu zakopiecie go w czeluściach swojej szafy/wyrzucicie/oddacie bądź wystawicie do sprzedaży na olx lub vinted? Czy zawsze dobrze czujecie się w dzień wcześniej skomponowanej, przemyślanej i zachwycającej stylizacji? Czy może po wyjściu na miasto zaczynacie tracić pewność siebie i cały dzień marzycie tylko o tym, by wreszcie ściągnąć z siebie ten maszkaron? Czy w końcu żyjecie w swoich ubraniach i jest wam z nimi dobrze, czy ciągle wam się coś nie podoba? Nieustannie ewoluujecie, zmieniacie, walczycie z materią, a i tak ostatecznie czujecie się jak ostatnie ofiary mody? 

Jeśli często nie jesteście z siebie zadowolone, to witajcie w klubie. Ja do niedawna też często nie byłam. Mimo że przez ostatnie kilka lat mój styl bardzo się zmienił i sama przed sobą przyznaję, że co by nie powiedzieć były to zmiany na lepsze, to i tak wiecznie mi się coś nie podobało. Teraz myślę, że pomimo najlepszych chęci bycia slow i nieprzejmowania się modą, dość mocno sugerowałam się tym co noszą np. blogerki i vlogerki, których strony i kanały regularnie odwiedzam, bo podoba mi się to jak wyglądają i co pokazują. Układałam coś w tym stylu dla siebie, by po czasie stwierdzić, że czuję się w tym jak stara baba, czy coś równie zawalistego (w dawnym znaczeniu tego słowa)jak Buka z "Muminków".














Z natury, pomimo bladości lica, upodabniającej mnie do spolegliwych heroin starych romansów, jestem impulsywną złośnicą, cholerykiem tak samo szybko wpadającym w złość, co w radosną egzaltację nad swoimi nowymi koncepcjami modowymi, które tym razem muszą się udać. Naturalnie po pewnym czasie dochodzę do wniosku, że znów się nie udało, ale że jestem optymistką w tym samym stopniu co cholerykiem, szybko obmyślam nowy plan, który... Tak. No przecież musi się udać. Innym to potrafię doradzać, odradzać, ale sama dla siebie działam zbyt szybko, przez co przez ostatnie lata niedostatecznie przemyślałam czy ubrania pasują również do mojej osobowości, tego jaka jestem w środku. I jak się okazuje taka niespójność ciała z duszą prędzej czy później pokazuje zęby. 

Być może pomimo wszystko zawsze myślę, że ktoś wie lepiej i bardziej liczę się z cudzym pomysłem na mnie, niż moim własnym, a do tego dochodzą jeszcze wpojone w dzieciństwie kompleksy. Jedna z moim babć, sama pełna kompleksów, niestety przekazała je również mi. Dla niej zawsze byłam zbyt gruba, nawet gdy miałam anoreksję i przypominałam statystę z Dachau, dalej traktowała mnie jak dwustukilową sztukę mięsa o nader podejrzanej jakości, którą nota bene nigdy nie byłam.

Zapewne to, że dla niej zawsze byłam gruba i brzydka, a przez to niewiele warta, spowodowało, że odkąd z dziecka stałam się podlotkiem, nie akceptowałam swojego ciała i zawsze pod tym względem myślałam o sobie źle. Wiele rzeczy, które naprawdę mogły mi pasować odrzucałam, z góry zakładając, że to nie dla mnie, to dla szczuplejszych i młodszych. 

Zawsze lubiłam Marilyn Monroe i to nie tylko za to jak wyglądała. Jako nastolatka przeczytałam jej biografię i widziałam duże podobieństwo między naszymi charakterami, które niestety w dużej mierze ukształtowało odrzucenie najbliższego otoczenia. 

Kiedy byłam małą dziewczynką, nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem ładna. Wszystkim małym dziewczynkom powinno się mówić, że są ładne, nawet gdyby nie były. - powiedziała kiedyś Marilyn. 

Nic dodać, nic ująć. Ludzie, którzy karmią swoje dzieci czy wnuki kompleksami, zawsze je krytykują i utwierdzają w przekonaniu ich niedoskonałości, nie wiedzą nawet, że fundują im poważny problem, który będzie ich prześladował całe dorosłe życie. 

Bo trudno na nowo zbudować poczucie własnej wartości, kiedy ktoś przez lata mozolnie i z powodzeniem je niszczył. 

Zawsze byłam pełna kompleksów, zbyt impulsywna i wpływowa, by stworzyć styl, z którego będę w pełni zadowolona. Przychodzi mi to powoli i z trudem, ale najważniejsze, że prę do przodu, że się nie poddaję. 















Stopniowo dochodzę do tego co lubię w modzie, a czego nie lubię. Co stanowi integralną część mnie, bez której stworzenie wymarzonej garderoby nigdy się nie uda. 

Po pierwsze lubię mieć porządne dodatki. Zawsze kiedy kupowałam coś ładnego, ale taniego, z mało szlachetnego materiału (biżuteria, torebka, buty) i tak w tym później nie chodziłam. Zawsze omijałam taki "badziew" szerokim łukiem, by w końcu go wystawić do sprzedaży lub wyrzucić. Kiedy wydaję większą sumę pieniędzy na jedną tego typu rzecz, zawsze ta bardziej chciwa część mojej natury podszeptuje mi ile różnych rzeczy mogłabym kupić za tę jedną. Wtedy ta bardziej luksusowa z moich natur szepce, że lepiej mieć jedną porządną rzecz, którą będę używać, od dziesięciu tanich, które za chwilę rzucę do kąta. Kiedy słucham tej drugiej natury, szybko przestaję żałować wydanych pieniędzy i cieszę się, że poszłam za jej radą.

Po drugie, nie jestem trendsetterką i choć czasem może się wydawać inaczej, nigdy nie chciałam nią być. Zależy mi wyłącznie na tym, by odnaleźć swój styl, to w czym będę czuć się dobrze, a nie żeby imponować znajomością trendów i co sezon uzupełniać garderobę o gorące nowości. 

Po trzecie, co wiąże się z punktem drugim, chcę mieć rzeczy, które będą mnie cieszyć i dobrze służyć przez długie lata. Zawsze chciałam przywiązywać się do moich rzeczy, tworzyć swój modowy świat, w którym jedna rzecz jest niemal nierozerwalnie powiązana z drugą. Nie bez bólu, ale jednak osiągam ten cel. Np. stworzyłam sobie bardzo ładny zestaw Tous (łańcuszek i kolczyki), który pasuje mi do wszystkiego, który mam zawsze na sobie i czuję się naprawdę dumna, że go mam, że jego widok wciąż mnie cieszy i jestem przekonana, że nie zamieniłabym go na żaden inny. 

Po czwarte, w pewnym sensie jestem minimalistką, choć może na pierwszy rzut oka nie wyglądam, bo minimalistka większości kojarzy się z czarnymi cygaretkami i białą koszulą, a ja tu wyskakuję w różowej sukience w motylki, marynarce w kratkę i ażurowych, srebrno-złotych butach. A mi nie chodzi o kolorystykę czy rodzaj odzienia, ale o system. A mój system jest taki, że im strój składa się z większej ilości elementów, tym ja gorzej się w nim czuję. Wszystko musi być proste do zestawienia i szybkie do włożenia. Tak jak np. sukienka. A jak chłodniej to do sukienki marynarka. A jak ziąb to do sukienki płaszczyk i muszkieterki. I już i koniec. I biżuteria porządna i do wszystkiego, bo nie będę za każdym razem przerzucać tony badziewia, czy to lepiej pasuje, czy tamto. Bo ja chcę żyć i cieszyć się życiem w tych moich stylizacjach, a nie robić z siebie widowiska. Bo chcę się czuć ładna, ale żeby było szybko, bo mam lepsze rzeczy do roboty od strojenia się godzinami.

To był jeden z tych wieczorów, kiedy w towarzystwie kota próbowałam zabić nudę, przerzucając bezmyślnie kanały w telewizji. W pewnym momencie trafiłam na Śniadanie u Tiffan'ego. Widziałam ten film już wcześniej, ale tym razem zwróciłam uwagę na coś więcej niż fabuła i to, jak wygląda Holly Golightly. W jednej z moich ulubionych scen, kiedy Holly po raz pierwszy spotyka Paula Varjaka, wie, że jest spóźniona, i w pośpiechu próbuje się wyszykować. Nie zastanawia się nad tym jaki strój wybrać, bo nie ma na to czasu. Wkłada czarną sukienkę przed kolano, czarne pantofle w szpic, narzuca na siebie trencz i chwyta przeciwsłoneczne okulary. Sekundę później wybiega z domu i wygląda jak milion dolarów.
K. Tusk, Elementarz stylu

To jeden z moich ulubionych cytatów, kwintesencja tego jak ma wyglądać mój styl i codzienne ubieranie (no, może bez szukania pantofla pod łóżkiem, jak to było w filmie;) 

I na koniec, po piąte, mój styl musi być kobiecy, ale nie wyzywający, bo taka wizja kobiecości to również nie moja bajka. Lubię stare powieści, uogólniając angielskie powieści wiktoriańskie, gdzie życie toczy się w ściśle określony, rutynowy sposób, a każdy afront jest traktowany jak koniec świata i odchorowywany przez wydelikacone panie i panienki. Ponadto lubię jeździć na rowerze, czuć wiatr we włosach i słuchać muzyki. Lubię marzyć i opowiadać powieści w czasie letnich spacerów i zimowych wieczorów. Lubię kwiaty, pastele i piękne przedmioty. Może dlatego nie pasują do mnie zbyt androgeniczne czy minimalistyczne (w obiegowym znaczeniu) stylizacje. Próbowałam takich, ale to nie to; to nie ja. Potrzeba mi czegoś bardziej kobiecego, romantycznego i zwiewnego. I właśnie to znalazłam w sukienkach z Laurelli. 















Ponad miesiąc temu opublikowałam post z moją pierwszą sukienką z Laurelli (TUTAJ) i postanowiłam na jakiś czas zamilknąć. Tym razem dać sobie trochę czasu na zastanowienie i refleksję, nim znów ogłoszę kolejną, na dłuższą metę nieudaną modową rewolucję. Kupiłam kilka sukienek Laury i bardzo szybko przekonałam się, jak łatwo jest się codziennie ubrać, a przy tym czuć się świetnie. 

Przez tydzień ubierałam na zmianę tylko te kilka sukienek od niej, zmieniając jedynie dodatki, z których na szczęście jestem w pełni zadowolona i zupełnie nie brakowało mi innych ubrań z mojej szafy. To zainspirowało mnie do zrobienie naprawdę rzetelnych porządków i pozbycia się wielu fajnych rzeczy, które jednak do mnie nie pasują. W sumie chodzę teraz tylko w ubraniach, do których jestem w 100% przekonana i bardzo mi z tym dobrze. Zauważyłam też, że zupełnie nie brakuje mi chodzenia po sklepach i poszukiwania kolejnych ciuszków. Zrobiłam listę rzeczy, który by mi się naprawdę przydały i nie ma tego wiele. 

Myślę, że dzięki sukienkom z Laurelli naprawdę się coś u mnie zmieniło i to na lepsze. Bodaj pierwszy raz w życiu codziennie jestem zadowolona ze swojego wyglądu i zupełnie nie interesuje mnie opinia innych. Zabawne, jak jedna nowa rzecz może podsunąć nam długo poszukiwaną receptę na na nas samych.

Uff, ależ się napisałam ;) Ale musiałam to z siebie wyrzucić. A że tekst długi i pierwszy w sierpniu, to postanowiłam okrasić go aż trzema stylizacjami z sukienkami Laurelli, które regularnie zakładałam ostatnimi czasy, modyfikując je różnorodnością dodatków. Tak więc, w przyszłości na pewno jeszcze nie raz zobaczycie te sukienki w kolejnych odsłonach.






Stylizacja nr 1
Sukienka - Laurella, model Clara
Marynarka - Mohito
Torebka - Furla metropolis 
Buty - Venezia
Biżuteria - Tous
Zegarek - Michael Kors
Bransoletka - Artelioni

Stylizacja nr 2
Sukienka - Laurella, model Rosemary
Torebka - Obag mini
Buty - Venezia
Biżuteria - Tous
Zegarek i bransoletka - Michael Kors

Stylizacja nr 3
Sukienka - Laurella, model Laura
Torebka - Furla metropolis mini
Buty - Lasocki
Zegarek - Elixa, Apart
Bransoletka - Michael Kors


*Foto Krzak


  


Copyright © 2017 Szafa Angeli